Bez kategorii

III

Czy wypada jednym tchem mówić o konflikcie ideologicznym w Polsce, dietach oraz o wyższości kinowej wersji „Władcy…” od kinowej wersji „Hobbita”? 

Nie chcę wymyślać zbyt wiele, no ale…ale „Władca” był bardziej mroczny, miał bardziej jednolitą formę, no! Hobbit został klasycznie przedobrzony, wszystko, co wymyślono na potrzeby realizacji „Władcy”, w Hobbicie zostało nadużyte, zmolestowane, wykorzystane i wyzute z resztek sensu. Za dużo głupkowatego humoru, za dużo efektów, zbyt często korzystano ze sprawdzonych trików. Bardzo wiele irytacji, jak widać, wywołuje u mnie telewizyjna emisja filmu…

Seans „Władcy” w tv to już nasz wewnętrzny rodzinny zart. Tak często go puszczają, ze żona nawet nie daje krasnoludom i hobbitom szansy, a nawet (!) Arragorn to nie to, a celtyckie nuty wywołują salwy śmiechu. Gdzie tam więc z entami, gdzie tam ze smokami.

Żona, kobieta, jak irytujące jest to,że wie i pamięta naprawdę wszystko. Kobiety ogarniają wszystko na raz,WSZYSTKO pamiętają. Po co pecet, po co kalendarz, po co w sumie jesteśmy my,jednozadaniowe ćwoki i mamuty rozpłodowe? Jedyne mięso, jakie jesteśmy już w stanie dostarczyć to filet i oby nie był przeterminowany.

Jakiś balkon chyba trzepnę. Tu donicę, tam panelki, może wyjdzie coś z tego. Parę punkcików ustukam w tej nierównej grze partnerstwa samca i samicy, kobiety i tej płci dawniej zwaną męską.

Bez kategorii

II

Marnotrawienie czasu w kolejkach jest tak oklepane, że nie bardzo wiem, po co o tym wspominać. Ale niech tam: własnie o tym wspominam.

Było ostatnio o „Matrixie” i o „Fight Clubie”. Zwykle przekonany o ich geniuszu, dzisiaj myślę, jak oklepany to temat, zwłaszcza w pop-kulturze amerykańskiej: zagubione w systemie jednostki, odnajdują sposób do walki o swój indywidualizm. Jakie to amerykańskie. To nic nowego. Byli pionierzy, rewolucjoniści, kowboje, są zmęczeni korporacyjnymi realiami młodzi geniusze, będą heroiczni wojownicy ratujący ludzkość przed sztuczną inteligencją. Indywidualizm jest święty.

Narrator potrzebował przebudzenia w „Fight Clubie” tak samo jak Neo potrzebował przebudzenia w „Matrixie”. Przebudził się? Tak. Czy którykolwiek z nich zmienił system?Nie. Żadne więc to filmy antysystemowe, a przekaz jest jak w Orwellu: tak, walcz, to piękna rzecz walczyć o siebie. Nie wygrasz jednak na dłuższą metę z systemem. Nawet jak wyjdziesz z matrixa, będziesz dalej mierzył się z czymś większym od siebie.

Jeśli jednak pobudza do myślenia, to tylko dobrze i może trzymajmy się tej myśli.

Tam matrix, a tu pożar wieżowca, płonie wieża Babel, płonie Babilon. Strzelają do kongresmenów. Tam i tu jednoczą się. Ludzie pomagają ludziom. Jak tu opisany artykuł z Daily Telegraph. Zawsze przy okazji tak wielkich tragedii mam wrażenie, że jest jednak coś pozytywnego, że ludzie nie do końca się zatracili. Że może to tylko debile mówią o „ciapatych” i że to margines, a głośny jedynie przez internet, ale że to nie ma znaczenia i przełożenia. Mam taką nadzieję.

PS. Jeszcze nie wiem jak „I” jeden łączy się z „II”, ale wychodzi na to, że to brudnopis.

Bez kategorii

I

Po wszystkim transmisja meczu. Piski, krzyki, śmiech, płacz. Uderzanie zabawkami o kafle, o inne zabawki. Chaos. Nie ma spalonego. Leży jeden z „naszych”, opatrują biedaka. Wokół hałas, stukot, zgrzyt, strumień wody w zmywarce, szybko jeżdżące auta za oknem. A  w duchu niepokój i wyczekiwanie.

Przy piłce Zieliński. Ja nie mam za to żadnego planu, żadnej taktyki. Co ma być, to będzie, mniej więcej. Nie wynika to z lenistwa. nie wynika to z niczego. Każdy z nas improwizuje, robi co może, jak umie. Przecież nie ma na to podręczników. Kiedy kłócić się i stawiać na swoim. Kiedy odpuścić. Kiedy warto, kiedy nie.

Maluch prowadzi, ustawia wszystko. Może nie jest selekcjonerem, ale z pewnością jest rozgrywającym. „Stanku! Obok” – wzdycha komentator. Cały dzień waliłem obok celu, więc rozumiem rumuńskiego piłkarza. Wyszły w rozmowach z kolegami dwa filmy, „Fight club” w temacie sprzeciwu wobec konwencji, konwenansom i „Matrix”, również antysystemowy. Stwierdzam jednak, że wolę „Dobrze się kłamie w dobrym towarzystwie.” Nie tylko za ładną łazienkę z kilku kadrów.

Jak zbudować dom? Jak kupić nowy samochód? Jak przestać ciągle łapać infekcje? Mam pytania bez końca i zero odpowiedzi.

Bez kategorii

Minęło kilkanaście dni od odejścia Chrisa Cornella i ma to o tyle znaczenie, że z jakiegoś powodu wpływa na widzenie i niewidzenie przeze mnie sensu. Prędzej jestem gotów stwierdzić, że cierpliwie obserwuję bezsens, to się z kolei przekłada na jakiś marazm… i w ogóle, o co chodzi (?). Raz nie możesz ruszyć ręką, nogą do przodu, a za chwilę latasz, wdychasz, wydychasz. Trochę w tym chaosu. Być jak wielcy pisarze, prozaicy czy być jak Kazik i iść prosto? Zawsze traciłem czas na tego typu rozkminki i to najczęściej z czymś banalnym do żarcia w ręku.

W chwili wytchnienia oparłem się o półkę w saloniku prasowym i chwyciłem za „Teraz rock’a”. Czytałem o Kornie, czytałem też wywiad z członkiem tegoż i gdzieś tam kurczę pada słowo „legenda”. Korn przyjedzie do województwa pomorskiego czyli polskiej odpowiedzi na Kalifornię, choć jak wiadomo my Kaszubi byliśmy pierwsi. Jak Indianie na swojej ziemi, ale spokojnie, Anglosasi nas w końcu też wykoszą.

Wracając do sedna, Korn przyjedzie jako legenda na Festiwal Legend Rocka do Doliny Charlotty. „Legenda rocka”? What the fuck, co jest, pytam. Czy to już? Czy już czas? Gdzie się ten czas podział? Raperzy, których ubóstwiałem publikują zdjęcia z córami w wieku nastoletnim, rockmani również stawiają na rodziny. Brian „Head’ Welch organizuje modlitwę z fanami, a pozostali członkowie wybierają fast food’y ponad narkotyki.

Wypada spytać, co z tą kokainą? Czemu już nikt jej nie bierze. Jakim cudem nie ma następców Keitha Richardsa? I znowu będzie się przewijał motyw starzenia w moich postach. Niedowierzanie, negacja lub na odwrót. Pewnie wszystkie etapy po kolei (lub nie) jak w definicjach przeżywanej traumy. Czas na porsze?

No więc Korn legendą, a dalej Sting w tym samym magazynie jakiś zblazowany. Odpowiada precyzyjnie. Chyba jak to on, wszystko z precyzją, bas, wokal, wywiad, seks tantryczny pewnie również. Dziennikarz sam opowiada o nim jak o osobie, która przychodzi na wywiad wyraźnie zmęczona, zaznaczając przy tym, że koncertowo wulkan. I sobie dopowiadam od razu, że pewnie Sting to ciągnie, bo kasa z koncertów, ale już pewnie wolałby się bujać na hamaku, a się niestety nie da.

Męczące jest to dopowiadanie negatywnych skutków zdarzeń, przyczyn, wszędzie widzenie pesymistycznych scenariuszy.

I tak wertuję stronice magazynu, szukam jakiegoś wicherku namiętności, czegokolwiek co gęsią skórkę wywołuje. W środku jednak same dziady. Za gitary nikt już chyba nie sięga. I ok. Tak jest ok. Pogodziłem się z tym. Wszystko ewouluuje. I my też. I gitara trafi na śmietnik też. Pa-pa. To nie koniec jednak. Nie wszyscy wypowiedzieli ostatnie słowa. Jeszcze mnóstwo wspaniałych płyt przed nami. Wszystko będzie wspaniale. Będą kolejne rewolucje, nowe używki, mody na fryzury, mody na ubrania, dziurawe ubrania bądź brak ubrań, ubrania za duże, ubrania kolorowe. Zamknięci póki co w cyklu życia muzyki, póki czarna dziura nas nie pochłonie.

Bez kategorii

D

„Podziel się swoją historią” podpuszcza wordpress. „Jak się czujesz Paweł?”pyta twarz-book. Całkiem możliwe,że niektórzy nie doświadczą większej troski.

Czytam Jastruna.Jastrun napisał o depresji. Wylał z siebie sporo treści, niemniej wiedza to przydatna,jesli wiedzieć jak sie z nia obchodzić. Niezła jest część „encyklopedyczna”.

Osobiście, mam wrażenie,że każdy się z D mierzy, nie lekceważąc oczywiście tych,którzy przez D znajdują ratunek wyłącznie u specjalistów. Nikomu nie ujmując bólu,pamiętajmy,że diagnoza czyni nas wyjątkowymi. Ból oto jest nazwany. Jesteśmy kimś, nie jesteśmy nieudacznikami,pierdołami, leniami, mamicyckami czy nihilistami.Jesteśmy chorzy na D.

A więc,co domorosły psycholog miał powyżej na myśli,jeśli nie obrazić chorych na D? Otóż chciał powiedzieć,żeby otworzyć oczy i uszy na bliskich. D się tli,pomaga ją uruchomić bardzo konkretny zapalnik,ale jeśli choć na sekundę czujemy smród D, zatrzymajmy się. Bo reszta działa bardzo szybko, kiedy zrobi się gorzej, angażując w D bliskich, rodziny. Potrafi wpływać na pracę, zmienia nawet paletę barw widzianego świata.

Pojawiaja sie pomoc dostępna tylko w aptekach,a pomoc dostępna w aptece to nie przelewki. Zła dawka i leżysz,zła dawka i szybujesz za wysoko.Zła dawka i być może chcesz zniknąć na zawsze.

Chris Cornell był w dużo lepszej formie niż koledzy po fachu z zespołu Cobain, Stanley czy Weiland. Brał jednak środek pomagajacy mu w walce z lękami, stanami lękowymi. I coś poszło nie tak.

Muzyka

Incubus „8”

Od ponad tygodnia zabieram się pisanie recenzji „8”, pierwszego długogrającego krążka zespołu Incubus po zmianie wytwórni. Głównym powodem braku postępów w dopisaniu treści do już powstałego tytułu posta był brak jakichkolwiek emocji, jakie mogłyby pojawić się w związku ze słuchaniem albumu. Po co więc cokolwiek pisać? Co tu krytykować? Co chwalić? Nie pochwalam wyżywania się na zespołach i muzyce, która po prostu nie przypada komuś do gustu, szczególnie jeśli słychać, że muzycy są nieprzeciętni. Zostawmy fanom ich zespół w spokoju. Skoro nie ma emocji, idźmy dalej, nie ma się co znęcać.

Innym powodem niechęci do tego albumu były zapowiedzi o powrocie do „brzmienia sprzed lat”, „wyciekające” opinie osób, które „miały okazję posłuchać albumu”, że to najostrzejszy Incubus od płyty „S.C.I.E.N.C.E”, itepe, itede. Nikt już nie wierzy w taki marketing. Już wiele premier udowodniło, że ciężar nie równa się jakości, a irytuję się tym też nie po raz pierwszy. Zbyt wiele garnków i pościeli nasze babcie kupiły na słynnych pokazach. Rock is dead, a Incubus tego faktu od lat nie zmienia.

Dotarł do mnie jednak dzisiaj utwór „State of the art”. Podróż pociągiem podmiejskim, organicznie brzmiąca piosenka, refren z którym chce się śpiewać. Znaczenie ma też trochę cieplejsza temperatura, zagęszczenie zieleni wokół piszącego. Jeśli panowie z Kalifornii wydają album, to jakim cudem można próbować odbierać go zimą, gdy plucha i tak dalej? Jest lekki, wpada w ucho, podoba mi się. Jest niezły singiel. Jest delikatny, miło powtarzalny motyw (chyba) gitarowy, zdecydowana partia perkusyjna, co stało się rzadkością w tym zespole. Nagłe wejścia ostrzejszych gitar, zadbane aranże wokalne, które w odróżnieniu do wielu innych na tej płycie, nie snują się bez celu.

„You were the first in flight
Now a modern relic
Merely a pay phone on a 1 AM sidewalk
We’re all cast aside
And we’re antiquated
Right as we start to finally figure out what we are

Look at you so bright
State of the art
You’re new, you’re young, your blissful ignorance
Is everything they like
But the years have teeth
And sometimes they bite (sometimes they bite) (…) ”

Mamy diagnozę, Brandon Boyd się starzeje i dociera to do niego. Co prawda wygląda jak młody bóg i starzeje się godnie. Nachylił się jednak nad faktem ulotności rzeczy i punkt dla niego za warstwę liryczną. Nie potrafię uwierzyć, że istnieją ludzie, którzy wymagają brzmienia „S.C.I.E.N.C.E” z 1997 roku czy chociażby „Morning View” z 2001 roku. To tak nie działa. Tak więc słowa w utworze w „State of the art” świadczą o świadomości. Że lata lecą, że może nie ma co się uganiać za małolatami. Lub coś w tym stylu.

Incubus-press-photo-cr-Brantley-Gutierrez-2017-billboard-1548Brzmienie, które pojawiło się od płyty „A crow left of murder” nieustannie towarzyszy wszystkim nowym nagraniom i nie można mówić o funku, który pojawiał się na wcześniejszych płytach. Tamtego zespołu już nie ma. Nie ma basisty Alexa Katunicha aka Dirk’a Lance’a. Jest Ben Kenney i nie wiem jak duży ma pan Kenney wpływ na nowe brzmienie, ale zdecydowanie nie jest to grupa która zapętla tłusty groove w stylu „Are you in?”. Słychać więcej ambicji do hałasowania, robienia przestrzeni dla solówek lub stonowanego tupania do balladowego melodramatyzmu Boyda. Perkusja wypełnia przestrzeń, łupie, galopuje. Cześć piosenek na tym zyskuje. Większość jednak, w moim odczuciu, staje się nijaka.

Czy jest coś więcej na tym krążku? Ciężko powiedzieć. Poprzestanę na pierwszym kawałku z płyty „No fun”. Jeśli faktycznie głównym zamierzeniem był powrót do dawnego brzmienia, tutaj udało się to zrealizować. Jest świetny refren, druga młodość w wokalu, linia melodyczna, która niby jest znajoma, ale słychać w niej coś świeżego. Tego zawsze szukam. Energię utracono na etapie przejścia, ale cóż, nie można mieć wszystkiego.

Może jeszcze teledysk do „Nimble Bastard”. Jest świetny. Koty, film sensacyjny z lat 80-tych w stylu „Kung Fury”. Warto zobaczyć. Teledyski z reguły stanowiły silną stronę tego zespołu.

Tak więc, mimo zmiany wytwórni, upływu sześciu lat od ostatniego longplaya, choć jedynie dwóch od EP-ki „Trust Fall”, nie mamy zbyt nowej oferty od zespołu Incubus. Otrzymujemy przedłużenie brzmienia Trust Fall, chwilami wręcz uboższego, mniej eklektycznego. Melodie są zbyt często nijakie, przypominają strony B zaprezentowane na wydawnictwie „Monument and melodies”. Czy to wszystko na co stać zespół? Podejrzewam, że nie, widocznie w tym konkretnym momencie zawartość „8” to właśnie to, co chcieli wydać z sobie znanych powodów. Od utworu numer 4 do ostatniego utworu nie ma ani jednego przebłysku. Jest „Make no sound in the digital forest” i rozumiem alternatywne ambicje grupy. Nie ma w tym jednak niczego, co szarpnęłoby jakąkolwiek strunę, zwróciło na siebie uwagę, kazało wstać z fotela i udawać grę na gitarze w powietrzu trącając wszystko po drodze, czy nucić cokolwiek w aucie. Od 4 utworu można natomiast zasnąć za kierownicą.

W związku z tym nie polecam na dłuższe podróże.